
Może się wydawać, że moralność płatniczą da się określić prostym, zero – jedynkowym systemem. Albo się ją posiada, albo nie. Albo traktuje się ustalenia z kontrahentami poważnie, albo nie. W rzeczywistości jednak sprawa się komplikuje. Na potrzeby oceny ryzyka przyjęto tzw. wskaźnik moralności płatniczej PMI mieszczący się w skali 100 punktów, ale i on nie jest wystarczający wobec niezliczonej ilości postaw i wariacji na temat tego, czym jest moralność płatnicza.
W nowym cyklu artykułów na blogu Akademii Rozważnej Firmy przedstawimy historię Tomasza i jego zmagania z różnymi interpretacjami moralności płatniczej, które spotyka na swojej zawodowej ścieżce.
Poznajcie Tomasza
Tomasz ma 33 lata i jest grafikiem. Pierwsze zlecenia realizował jeszcze w czasie nauki w liceum, a od 10 lat prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. Szeroki zakres usług, bogate portfolio i świetne referencje od klientów sprawiają, że Tomasz nie może narzekać na brak zleceń. Współpracuje zarówno z wielkimi, międzynarodowymi korporacjami, agencjami reklamowymi jak i mniejszymi przedsiębiorstwami. Jego pozycja w branży i grono stałych, zaufanych klientów pozwala mu na przesunięcie aspektów finansowych na dalszy plan i przyjmowanie zleceń, które będą stanowiły wyzwanie, pozwolą wykazać się kreatywnością i rozwinąć posiadane umiejętności. Właśnie to przynosi mu największą satysfakcję. Niestety, jest też druga strona medalu. Zdarza się, że za ciekawym zleceniem stoi zleceniodawca, który pojęcie moralności płatniczej rozumie i realizuje w bardzo specyficzny sposób. Tomasz już niejeden raz przekonał się, że szeroko rozumiana „kreatywność” nie jest wyłącznie domeną grafików i artystów, a sytuacje z jakimi się spotykał można śmiało określić mianem absurdu. Poniżej pierwsza z nich.
Pan od przetargu
„Panie Tomaszu, bierzemy udział w przetargu. Ważnym przetargu. Przygotowaliśmy świetną ofertę i chcemy, żeby Pan ją graficznie opracował. Wie Pan, tak żeby już po otwarciu koperty i spojrzeniu na okładkę zrobili „wow” i nas wybrali. Pan tak na pewno potrafi…”
W ten sposób rozpoczęła się korespondencja Tomasza z pewnym przedsiębiorcą z południa Polski. Zlecenie wydawało się interesujące, oferta licząca ponad 100 stron A4 dawała grafikowi duże pole do popisu, a na dodatek otwierała drzwi do branży, dla której jeszcze nie pracował, więc po ustaleniu szczegółów, ceny i terminów Tomasz zaczął działać.
Oferta była bardziej wymagająca niż zakładał na początku i spędził nad nią dobre kilkadziesiąt godzin. Czcionki, formatowanie, ilustracje, skomplikowane wykresy i schematy, przygotowanie do druku oraz publikacji w formie elektronicznej, wprowadzanie wszystkich zmian i poprawek, które wskazywał zleceniodawca. Był na prawdę zadowolony z efektów swojej pracy, tym bardziej, że sam zleceniodawca był wręcz zachwycony i od razu zaakceptował projekt przygotowany przez grafika. Niestety, na satysfakcji się skończyło. Po przesłaniu kompletnej oferty, Tomasz wystawił fakturę na ustaloną wcześniej kwotę, z terminem płatności zaakceptowanym wcześniej przez zleceniodawcę i czekał. Terminowe płatności dla freelancerów są jak yeti, nikt ich nie widział, ale podobno występują, dlatego Tomasz nie przejął się, kiedy kilka dni po terminie nadal nie otrzymał pieniędzy. Standard. Kiedy jednak mijał już drugi tydzień, wysłał maila z przypomnieniem. Po kilku godzinach otrzymał odpowiedź:
„Panie Tomaszu, wyniki przetargu ogłoszą dopiero za 3 tygodnie (tak się w tych urzędach obijają), jak wygramy od razu ureguluję fakturkę.”
Tomasz zdał sobie sprawę, że właśnie (mimo swojej woli i wcześniejszych ustaleń) stał się wspólnikiem, choć bardziej adekwatne będzie – zakładnikiem przedsiębiorcy. Zakładnikiem jego przyszłego, choć wcale nie pewnego sukcesu. Może się przecież zdarzyć, że komisja nie zrobi „wow” na widok samej okładki, i po merytorycznej analizie wybierze usługi innego oferenta. Co w takim wypadku? Nie wygrałem, więc nie zapłacę za Pana pracę? Ja nie mam, więc Pan też nie będzie miał? A może jeszcze zostanę obarczony winą za porażkę?
Na szczęście Tomasz miał wszystkie ustalenia i zasady współpracy na piśmie. Otrzymał swoje pieniądze, choć kosztowało go to sporo czasu i nerwów. Nie miał nawet ochoty sprawdzać wyniku przetargu, a przy danych tego przedsiębiorcy w swojej książce adresowej dopisał krótkie – „nigdy więcej”. Miał jednak świadomość, że to nie pierwszy i nie ostatni przypadek tego typu.
To dopiero początek
W kolejnych częściach tego cyklu przedstawimy inne zmagania Tomasza , a w ostatnim wpisie doradzimy, jak skutecznie zabezpieczyć się przed tego typu postawami i sprawić, że kontrahenci zaczną płacić nam w terminie.
Zachęcamy od obserwowania Akademii Rozważnej Firmy na Facebooku i Linkedin, aby nie przegapić kolejnych artykułów.

